środa, 25 sierpnia 2010

Marketing jest jeden?


Marketing partyzancki, radykalny, bezpośredni, polityczny, afiliacyjny, one to one, B2B, B2C, interaktywny – w ostatnich latach dotąd proste i jednoznaczne pojęcie rosło jak na drożdżach i pączkowało. Powstało milion odmian marketingu, często tworzonych na potrzeby napisania kolejnego bestsellera i wypchania forsą portfela jego autora. Nie zapominając oczywiście o pozycji guru w marketingowym światku oraz road shows po wszystkich zakątkach naszej planety. Wykłady, tantiemy i artykuły w gazetach – tak to wszystko zaczęło w ostatnich latach wyglądać. Rozwój sieci ułatwił dostęp do liczniejszego niż dotąd grona potencjalnych wyznawców szerzących wokół siebie nową religię. Proroków było tak wielu, że ich nazwisk nie sposób zapamiętać. Zresztą na pewno wiecie o kogo chodzi…

Czy rzeczywiście marketing ma dziesiątki odmian, czy też ma rację naczelny „Briefu” Kiszluk pisząc, że tak naprawdę jest jeden? Nie będę podsuwał gotowej odpowiedzi. Moim skromnym zdaniem marketing może i jest jeden, a jego zasady były względnie stałe przez setki lat – do czasu aż pojawiły się social media. Argument, że podobnie mówiono jak Guttenberg wynalazł druk, uważam za zupełnie chybiony. To tak jakby porównywać F16 do szybowca…

Internet oraz media społecznościowe wszystko zmieniły. Nic, a już na pewno marketing, nie będzie już takie samo. Konsumenci zyskali potężną broń, na którą jak na razie świat wielkich marek i korporacji nie znalazł odpowiedzi (i mam nadzieję, że nie znajdzie). Słowo klienta odzyskało swoje utracone niegdyś znaczenie. Marketing, a raczej obecni decydenci marketingowi, muszą się dostosować do zasad panujących w świeci 2.0, a wkrótce 3.0. Innej drogi nie ma. Nie warto kopać się z koniem…

PS: opornym na wiedzę polecam lekturę Davida Meermana Scotta oraz Li i Bernoffa. CAŁA WŁADZA W RĘCE LUDU!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz